Warszawa pełną gębą

Maciej Nowak

O Bostonie, kultowym w pewnych kręgach barze na rogu Odyńca, Pławskiej i Okólskiej, pisał przed kilku laty w “Magazynie” Piotr Bikont. ref_il_1Był to felieton sentymentalny, relacjonujący przypadki pewnego Amerykanina z Nowej Anglii, który próbował założyć w Warszawie gastronomiczny interes życia. Szybko dał jednak za wygraną, lokal sprzedał a sam wrócił do rodzinnego Bostonu. Piotr opowiadał o tym barze z łezką w oku, powątpiewając, czy przetrwa w nim sztuka gastronomiczna najwyższej próby. Otóż odwiedziłem Boston przed kilkoma dniami i pragnę rozwiać obawy mego Szanownego Kolegi po Piórze i Łyżce: wciąż karmią doskonale, a miejscowa duma i sława, czyli kremowa zupa rybna zniewala i zachwyca jak dawniej. Gotowana jest na bazie pięciu gatunków ryb, w tym tłustego i esencjonalnego halibuta. Rybki warzone są tak długo aż poza smakiem przekażą do wywaru również wszystkie kleje kostne i żelatyny. Polewka nabiera w ten sposób konstystencji jedwabistej, na pół kisielowatej, a po doprawieniu łyżką śmietany przemienia się w nektar, dzieki któremu język dretwieje z rozkoszy. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że tak wyśmienitej zupy rybnej nie znajdziecie w żadnej z warszawskich i polskich restauracji. Nawet w sopockiej Przystani czy w szczecińskim Chiefie, słusznie uchodzących za mekkę miłośników zmiennocieplnych mieszkańców mórz i oceanów.

Zupa rybna, podawana z grzankami z ciemnego pieczywa, stanowi najsłynniejszą pozycję w menu w Bostonu. Jest obecna w karcie od początku istnienia lokalu, a tajemnicę jej przyrządzania przywiózł z Nowej Anglii ów dzielny przyjaciel Piotra Bikonta, który chciał zreformować warszawską gastronomię. Szczęśliwie jego dzieło przeszło w ręce osób nie mniej wrażliwych na dobrą kuchnię. Gdy jeden z panów kelnerów podawał nam do stolika różowawe dzwonko troci wędrownej w sosie śmietankowo-koperkowym, rozmarzył się na chwilkę: – Tak, troć ma to coś w sobie…
Czuć wyraźnie, że pracują tu ludzie, którzy jedzenie i gotowanie uznają za wyzwanie. Zaraz po zjawiskowej, kruchej i świeżutkiej troci spróbowaliśmy szaszłyka z kilku gatunków mięs i kolorowej papryki. Pan kelner opowiadał o tym z takim przejęciem, że odmówienie tej pokusie odczytałby jako osobistą klęskę. W rzeczy samej, nie przesadzał drewniana szpadka była pełna aromatycznego, a jednocześnie delikatnego mięsiwa. Gdy zjajadliśmy się nim Pan kelner użalał się nad nami, że nie możemy spróbować flaczków z kalmarów, bo własnie wyszły, ani wielkiego, faszerowanego serem i pieczarkami kotleta schabowego, bo przed chwilą podzielił on również los kalmarów. Apetyt zaspokoiliśmy wprawdzie dotychczasowymi daniami, jednak pobudzona przez opowieści pana kelnera wyobraźnia pracowała. I domagała się kolejnych ofiar. Poprosiliśmy zatem najpierw o karkówkę peklowaną w piwie, a potem o jeden z firmowych steków: delikatny rostbef z jeszcze delikatniejszą polędwicą miał wielkość trzech męskich dłoni i ledwo mieścił się na talerzu. Łatwo poddawał sie krojeniu i gryzieniu, i miał ten najpiękniejszy, charakterystyczny smak wołowiny, tak skutecznie oddziałujący na nasze najbardziej atawistyczne odruchy. W oczach zapłonęły mi ognie, dłonie pokryły się sierścią, a kły nie chciały zmieścić się w ustach. Towarzysząca mi S. nareszcie spojrzała na mnie z pewnym zainteresowaniem, a ja przyrzekłem sobie, że do Boston Portu będę wracał możliwie jak najczęściej. Skoro to działa na kobiety…

Trzeba jednak powiedzieć wprost: owa mokotowska przystań gurmandzistów mieści się w dość tandetnej budzie i nie jest to miejsce dla wytwornych pracowników warszawskiego city. I dzięki Bogu. Niech przychodzą tu ci, odnajdą urok w urządzonym na lato malutkim tarasiku ocenionym wijącymi się gałązkami winorośli, ci którzy potrafią się rozmarzyć nad porcją troci i ci, którzy nie wstydzą się spędzać popołudnie, siedząc na plastikowych mebelkach. W zamian zapewniają sobie jedną z najlepszych i tanich wyżerek w mieście: za opisana tu kolację popitą dwoma piwami zapłaciłem niecałe 120 zł. Nie zlekceważcie takiej szansy.